Zaroił się tedy podwórzec w Bełczączce od bryk i powozów, stajnie od koni, oficyny od wszelakiej służby, a dwór od barwnych kontuszów, od szabel, od golonych łbów, i pełno w nim było łaciny, niewieściego szczebiotania, lamówek, rubronów i rozmaitych "angażantów". Latały dziewki służebne z gorącą wodą, pijana czeladź z gąsiorami win zacnych, z kuchni dymiło się od rana do wieczora jak ze smolarni, a okna dworu świeciły i płonęły wieczorami tak, że aż na całym dziedzińcu było widno. A śród tego rozgardiaszu chodził po pokojach pan Pągowski, trochę pyszny, poważny, ale zarazem jakby odmłodniały, strojny w karmazyny i z szablą jasną od klejnotów, którą panna Sienińska po możnych niegdyś przodkach jako jedyne wiano odziedziczyła. Chodził, zapraszał, czasem gdy chwytał go zawrót głowy, opierał się rękoma o poręcz krzeseł, i znów chodził, częstował gości-personatów, szurgał nogami, zbliżając się do starszych niewiast, ale przede wszystkim wodził coraz bardziej rozkochanymi oczyma za "swoją Anulą", która w tym tłumie różnobarwnym, śród spojrzeń często niechętnych, często zazdrosnych, a czasem i pożądliwych, kwitła biała jak lilia, słodka, może trochę smutna, a może tylko ważnością tego, co ją miało spotkać, przejęta.