Goście nie obsiedli jednakże całego stołu, gdyż pan Pągowski kazał dać więcej nakryć, niż było biesiadników. Ksiądz prałat rzucił oczyma na owe puste miejsca i począł chwalić gościnność domu i gospodarza, ale ponieważ głos miał zawsze bardzo donośny, a przy tym podniósł się w tej chwili nieco z krzesła, chcąc sobie ułożyć wygodniej fałdy sutanny, więc obecni sądzili, że chce wznieść pierwszy toast, i uciszyli się wszyscy.
-Słuchamy! - ozwało się kilka głosów.
-Ej, nie ma czego - odrzekł wesoło ksiądz. -Nie toast to jeszcze żaden, choć wkrótce przyjdzie i na to pora, bo widzę, jak niektórzy z ichmościów trą sobie zawczasu czupryny, a pan Kochanowski już i szepce do siebie, i na palcach coś liczy. Trudno, mości panie! od kogoż, jak nie od Kochanowskiego, rytmów wyglądać. Ja jeno chciałem rzec, iż chwalebny to jest staropolski zwyczaj te nakrycia dla niespodziewanych gości.
-Ba - rzekł pan Pągowski - jak się dom w nocy świeci, to z ciemności zawsze ktoś może nadjechać...
-A może kto i jedzie - ozwał się pan Kochanowski.

  WJQBBJM WJZYGBM WJKVZBM WQJBZYM WQXVBYM