Płynęli więc chłopi z Mazowsza, płynęła bitna szlachta, której wstyd było "w łożu zwykłą śmiercią umierać", wyrastali wreszcie na tych Czerwonych Ziemiach potężni magnaci, którzy nie poprzestając na oporze w domu, szli nieraz aż hen - do Krymu lub na Wołoszczyznę, szukać tam władzy, zwycięstw, śmierci, zbawienia i chwały.
Mówiono nawet, iż nie chcą Polacy jednej wielkiej wojny, aby jej ciągle zażywać. Ale chociaż nie była to prawda, niemniej jednak miła była hardemu plemieniu ciągła zawierucha - i najezdnik krwawo płacił czasem za swą zuchwałość.
Ani ziemie dobrudzkie, ani białogrodzkie, ani zwłaszcza bezpłodne komysze krymskie nie mogły wyżywić swych dzikich mieszkańców, więc głód gnał ich na bujne pogranicze, gdzie czekał ich łup obfity, ale równie często śmierć.
Łuny pożarów oświecały tam nieznane w dziejach pogromy. Pojedyncze pułki roznosiły w puch i proch na szablach i kopytach dziesięćkroć liczniejsze czambuły. Tylko niezmierna szybkość obrotów ratowała najezdników, w ogóle bowiem każdy czambuł dognany przez regularne wojska Rzeczypospolitej był tym samym zgubiony bez ratunku.

  WQBXPZM WJXBXYM WJVZBJM WQYQKGM WQVGPQM