-Cóż na nim zmielesz?
-Co zmielę? To, że często umyślnie na kłótnię wpadnę, tamte żmije zwymyślam, czasem której w pysk dam: "A zasię!" - a ją po rękach, ba i po kolanach wycałuję: "Jam twój defensor, jam brat, jam prawdziwy przyjaciel - tyś tu prawdziwa pani!". I myślisz, ojciec, że się w niej serce nie rozpłynie, że nie pokocha tego, kto jej będzie tarczą i obroną, kto jej będzie obcierał łzy, kto będzie nad nią w dzień i w noc czuwał? A jeśli w rozżaleniu, w zapamiętaniu i we łzach przyjdzie do jakowejś ekstraordynaryjnej konfidencji, to tym lepiej, tym lepiej! tym lepiej!...
Tu Marcjan począł zacierać ręce i patrzyć na ojca tak koźlimi oczyma, że stary aż splunął.
-Tfu! poganinie! Tobie zawsze jedno na myśli.
-Bo aż po mnie mrowie chodzi, jak na nią spojrzę. Nie darmo mnie Pągowski stąd wymiatał.
Nastała chwila milczenia.
-To tedy powiesz Joannie i Agnieszce, by w myśl twoją czyniły?
-Im? Im nie trzeba nic mówić ani niczego uczyć, bo ich natura wystarczy. Jedna Tecia gołąb, a to kanie.
Jakoż nie mylił się pan Marcjan, albowiem siostry jego już poczęły, każda po swojemu, opiekować się panną Sienińską. Tecia brała ją co chwila w ramiona i płakała z nią razem, a Joanna i Agnieszka pocieszały ją także, ale inaczej.