Tymczasem rozpoczęły się ceremonie pogrzebowe, które - ponieważ pan Pągowski był człowiekiem znacznym w swej okolicy - trwały, wedle zwyczaju, około dni dziesięciu. W zrękowinach brali udział, z niewielkimi wyjątkami, tylko goście proszeni, na pogrzeb zaś zjechało całe bliższe i dalsze sąsiedztwo, więc dom roił się od ludzi, a przyjęcia, mowy, wyjazdy na nabożeństwa i powroty z kościoła następowały jedne za drugimi. W pierwszych dniach uwaga powszechna zwracała się wyłącznie na niedoszłą wdowę po nieboszczyku, lecz później, gdy ludzie spostrzegli, że Krzepeccy objęli całkiem dom i że oni występują jako gospodarze, przestano na nią zważać i pod koniec uroczystości pogrzebowych nie zważano już więcej niż na zwykłą rezydentkę domową.
Myślał o niej tylko pan Cyprianowicz, którego ujęły jej łzy i wzruszyła jej dola. Służba poczęła już szeptać o tym, że dwie panny Krzepeckie rozerwały cała wyprawę, a starszy pan pochował do szkatuły "klejnociki" - i że w domu poczynają "panienką" pomiatać. Więc gdy te słuchy doszły do uszu pana Serafina, poruszyło się nimi jego dobre serce i postanowił pogadać o tym z księdzem Woynowskim.