-I co?
-I namówił jeden taki syn Łukasza, żeby z nim grał w kości. Bogdaj go byli poganie na pal pierwej wbili!
-I ograł go?
-Wygrał, co Łukasz miał gotowizną, a potem to, co my. Desperacja nas ogarnęła i chcieliśmy się odegrać, ale on wygrał jeszcze konia - z siodłem i pistoletami w olstrach... to mówię jegomości, myśleliśmy, że Łukasz nożem się pchnie... I co robić? Jakże brata nie pocieszyć? Więc przedaliśmy i drugiego konia, by Łukasz choć miał towarzysza na piechotę.
-Rozumiem już, co się stało.
-A tak, dobrodzieju. Jakeśmy wytrzeźwieli, jeszcze większe zmartwienie, że już dwóch koni nie ma - zatem jeszcze potrzebniejsza pociecha.
-I takeście się pocieszali aż do czwartego konia...
-Aż do czwartego! Zgrzeszylim, zgrzeszylim! - poczęli powtarzać skruszeni bracia.
-Czy aby się na tym skończyło? - zapytał pan Cyprianowicz.
-Gdzie tam! Ojcze nasz i osobliwy dobrodzieju! Spotkaliśmy owego kosterę, niejakiego Poradzkiego, który począł nam urągać. "Tak (powiada) kpów strzygą! Ale żeście chłopy duże, więc przyjmę was (powiada) za pachołków, gdyż się właśnie do chorągwi zaciągam". Zapłakał na to Łukasz, że ów na pośmiewisko nas podaje, i kiedy to nie wytnie go szablą przez pysk - i padł! Skoczyli tamtemu na pomoc przyjaciele, a my Łukaszowi, i nuż się siekać, aż tu nadchodzi straż marszałkowska i w nas! Dopieroż tamci poczną wołać: "Mości panowie, wolność tu oprymują i całą Rzeczpospolitą w naszych osobach krzywdzą - pogódźmy się". Tak się też stało i Bóg zaraz pobłogosławił, albowiem usiekliśmy w mig ośmiu pachołków, z tych trzech na śmierć, a reszta, co ich było jeszcze z pięciu - w nogi!...