Pan Cyprianowicz aż się za głowę schwycił, a Marek mówił dalej:
-Tak. teraz wiemy. Bóg patrzył na naszą niewinność, aż dopiero kiedy poczęli ludzie krzyczeć, że to gardłowa sprawa - zlękliśmy się i poczęli uciekać. Chcieli nas imać, ale gdy się po staremu rozdało temu i owemu to po łbie, to po karku, uciekliśmy. Stanisław poratował nas końmi swojej czeladzi, ale i tak ledwieśmy głowy unieśli, bo pościg był aż do Sękocina - i gdyby konie były lichsze, byłoby po nas. Szczęściem nikt tam naszego nazwiska nie wiedział, więc też sprawy z tego nie będzie.
Nastała długa chwila milczenia, po czym pan Serafin zapytał:
-Gdzież te konie Stanisława?
A bracia nuż po raz trzeci powtarzać:
-Zgrzeszylim, dobrodzieju! zgrzeszylim!...
Cyprianowicz począł chodzić wielkimi krokami po izbie.
-To teraz rozumiem - rzekł - dlaczegoście nie przywieźli listu od Stacha. Pisał ci on mi, że was spotkały różne żałosne przygody, i przepowiadał wasz powrót w tej myśli, że będziecie potrzebowali pieniędzy na konie i rynsztunek, ale tego, jak się to skończy nie mógł przewidzieć...

  WQKXQYM WQZPPKM WQQGVBM WJVYZPM WJXXPXM