ROZDZIAŁ XXII
A w Bełczączce było pannie nie tylko źle, ale i coraz gorzej. Upłynęło już sporo czasu od owej chwili...
A w Bełczączce było pannie nie tylko źle, ale i coraz gorzej. Upłynęło już sporo czasu od owej chwili, w której stary Pągowski, spostrzegłszy, że Marcjan Krzepecki spogląda na niedorosłą jeszcze dziewczynę zbyt "koźlim wzrokiem", wyrzucił go z domu. Ale on widywał ją potem w kościele, a niekiedy i u sąsiadów, i zawsze jej wiośniana uroda budziła w nim na nowo żądze. Teraz zaś, gdy zamieszkał pod jednym dachem, gdy widywał ją codziennie, pokochał ją po swojemu, to jest taką zapalczywą i zwierzęcą miłością, do jakiej jedynie był zdolny. Zaszły też zmiany w jego postanowieniach. Z początku zamierzał po zhańbieniu dziewczyny ożenić się z nią tylko w takim razie, gdyby się znalazł testament na jej korzyść. Teraz gotów był stanąć z nią przed ołtarzem w każdym razie, byle ją posiąść i posiadać na zawsze. Rozum, który gdy go żądza podbije, staje się jej usłużnym poplecznikiem, mówił mu przy tym, że panna, która nosi nazwisko Sienińskich, jest, choćby bez majątku, wielką i wielce korzystną partią. Lecz gdyby nawet rozum mówił przeciwnie, Marcjan nie byłby go już słuchał, albowiem z każdym dniem tracił panowanie nad sobą. Gorzał, szalał i jeśli dotychczas powstrzymał się jeszcze od czynów przemocy, to tylko dla tej przyczyny, dla której najzapalczywsza nawet żądza chce i pragnie dobrowolnej zgody, dobrowolnego oddania się i lubuje się myślą o wzajemności, i w niej widzi rozkosz największą, a łudzi się nawet wówczas, gdy nie ma do tego żadnej podstawy. Tak łudził się Krzepecki i tak lubował się myślą o tej szczęsnej chwili, w której panna sama, rozpłomieniona i chętna, pochyli się w jego objęcia.