Bał się jednakże, by postawiwszy od razu wszystko na los szczęścia - nie przegrać, a gdy czynił sobie w duszy pytanie, co by wówczas mogło nastąpić, brał go lęk i przed samym sobą, i przed grozą, jaka by nad nim zawisła, albowiem prawa Rzeczypospolitej chroniące cześć niewieścią były straszne, a wokoło były setki szabel szlacheckich, które niezawodnie zabłysłyby nad jego głową. Lecz jednocześnie czuł, że może przyjść taka godzina, w której nie będzie już na nic zważał, że zaś w jego dzikiej i zuchwałej duszy tkwiła chęć walki i głód niebezpieczeństw, więc znów nie bez pewnej ponęty była dla niego myśl o tłumie szlacheckim oblegającym Bełczączkę, o łunie pożarnej nad głową i o czerwonym kacie stojącym z toporem w ręku gdzieś tam, jakby za mgłą, w jakimś dalekim mieście.
I tak żądza, obawa, a zarazem ochota do walki miotały nim jakby trzy wichry. Tymczasem, chcąc dać ujście tej burzy, a zarazem ochłodzić krew, która wrzała w nim jak ukrop, biesił się, nurzał w rozpuście po wiejskich karczmach, zajeżdżał konie, zaczepiał ludzi i pił na umor we wszystkich gospodach, jakie były w Jedlni, w Radomiu i w Przytyku. Zebrał tam sobie kompanię zawalidrogów, którzy nie pociągnęli na wojnę z powodu zbyt złej sławy lub z przyczyny niedostatku, za którą płacił i którą tyranizował. Czynił to też w mniemaniu, że taka kompania może mu się w przyszłości przydać. Jednakże nikogo z niej nie dopuszczał do poufałości i nigdy nie wymawiał wobec tych kompanionów imienia dziewczyny, a gdy raz niejaki Wysz z nie wiadomo gdzie leżącego Wyszkowa wspomniał o niej w grubiański i sprośny sposób, chlasnął go szablą przez pysk i zalał krwią.

  WQBJQGM WQJZZYM WQXVGXM WJZBQBM WJVJKKM