Lecz przede wszystkim kochała "panienkę" służba i cała wieś. Ludzie uważali Krzepeckich za intruzów, ją za prawą dziedziczkę. Marcjana bali się wszyscy z wyjątkiem Wilczopolskiego. Ale nawet po oddaleniu młodego szlachetki otaczała dziewczynę jakby niewidzialna opieka ludu i Marcjan rozumiał, że strach, jaki wzbudza, ma swoją granicę, poza którą zaczęłoby się dla niego prawdziwe niebezpieczeństwo. Domyślał się także, że Wilczopolski, któremu "zuchwale patrzyło z oczu", daleko nie odejdzie i że w takim razie gdyby panna potrzebowała obrony, nie cofnie się przed niczym - więc w duszy przyznawał, że nie jest ona istotnie tak przez wszystkich opuszczona, jak sam z początku myślał i jak o tym w swoim czasie ojca zapewniał.
-Kto się za nią ujmie? nikt - mówił wówczas ojcu, gdy ten przykazywał mu pamiętać o strasznych karach, jakimi prawa Rzeczypospolitej groziły za zamach na honor niewieści.
A teraz rozumiał, że tacy by się znaleźli.
Stanowiło to jedną trudność więcej, wszelako trudności i niebezpieczeństwa były tylko podnietą dla takiej jak Marcjanowa natury. Łudził się jeszcze, że potrafi pannę przejednać i rozkochać, przychodziły jednak chwile, w których jasno jak na dłoni widział, że nic nie wskóra - i wówczas "biesił się", jak mówili towarzysze jego nocnych hulanek, szalał, i gdyby nie jakieś przeczucie głuche, ale silne i nieprzeparte, że gdy się porwie na dziewczynę, to ją na zawsze utraci, byłby od dawna rozpętał w sobie dzikiego zwierza.