-A ty mu się po swojemu wywdzięczysz...
Lecz ona, ścisnąwszy zęby, nie odpowiadała już ani słowem.
Marcjan jednak domyślił się i bez skargi, co musiało dziać się na górze, gdyż w kilka godzin później z kancelarii, w której zamknął się z siostrami, doszły wycia, od których struchlał cały dom.
Po południu, gdy przyjechał stary Krzepecki, obie panny przypadły z krzykiem do jego kolan, zaklinając go, by je zabrał z tej "jaskini rozpusty i mąk"; lecz on, o ile kochał najmłodszą córkę, o tyle nienawidził starszych, więc nie tylko się nie ulitował nad nieszczęsnymi jędzami, ale począł wołać jeszcze o batog i kazał im zostać.
Jedyną istotą w tym strasznym domu, w której Joanna i Agnieszka - gdyby chciały być dla niej dobre i przyjazne - mogły znaleźć litość, współczucie, a nawet i ochronę, była właśnie panna Sienińska. Ale one wolały dokuczać jej i pastwić się nad nią, bo z wyjątkiem Teci była to taka rodzina, w której każdy członek czynił wszystko, co było w jego mocy, by innym zatruć życie i powiększyć niedolę. Lecz panna Sienińska bała się miłości Marcjana bardziej jeszcze niż nienawiści jego sióstr. A on coraz bardziej się jej narzucał, coraz bezczelniej się przysuwał, coraz był natarczywszy i coraz łakomiej na nią spoglądał. Czuć było, że już przestaje całkiem panować nad sobą, lecz dzika żądza targa nim jak wicher drzewem i że lada chwila wybuchnie.