-Nie rozumiem - odrzekła dziewczyna.
-Bo nie chcesz - odparł Marcjan. -Widzisz to od dawna, że nie mogę bez ciebie żyć. Tak mi cię trzeba, jako tego powietrza dla oddechu. Cudnaś mi i miła nad wszystko w świecie. Nie mogę!... zgorzeję bez ciebie! sczeznę! Żebym się nie hamował, byłbym cię od dawna chwycił jako właśnie jastrząb gołębia. W gardle mi bez ciebie schnie jak bez wody... Wszystko we mnie do ciebie drży. Nie mogę spać ni żyć... Patrz, oto i teraz...
I przerwał, bo zęby zaczęły mu szczękać jak w gorączce. Skurczył się, chwycił kościstymi rękami za poręcz krzesła, jakby się obawiał upaść - sapał czas jakiś rozgłośnie.
Po czym znów zaczął mówić:
-Brak ci fortuny - nic to!... Ja mam dość. Ciebie mi trzeba, nie fortuny. Chcesz być panią w tym domu? Miałaś za Pągowskiego wyjść - jam przecie nie gorszy. Jeno mi nie mów: nie! na Boga żywego, nie mów mi: nie, bo nie wiem, co się stanie. Ty cudna! ty moja!...
To rzekłszy klęknął nagle, objął rękoma jej kolana i począł je przyciskać do piersi. Lecz - niespodziewanie dla niej samej - przestrach jej przeszedł w tej strasznej chwili bez śladu. Zagrała w niej rycerska krew, zbudziła się gotowość do walki do ostatniego tchu. Poczęła z całej siły odpychać dłońmi jego zroszone potem czoło, które tuliło się do jej kolan.

  WQVZGVM WQKQBQM WQJYKKM WJKGKXM WJZXQYM