Więc chwycił ją w ramiona, przycisnął do serca i począł powtarzać raz po razu:
-Dziecko moje! dziecko moje!
A panowie Bukojemscy przenieśli się tymczasem wraz ze szklenicami i z łagiewką do stołowej izby, wypili sumiennie do dna miód i czekali na księdza i pana Serafina w nadziei, że za ich przybyciem będzie podana wieczerza.
Owi wrócili wreszcie ze wzruszeniem w obliczach i ze zroszonymi oczyma. Cyprianowicz odetchnął głęboko raz i drugi, po czym rzekł:
-Pani Dzwonkowska kładzie teraz do łóżka niebożątko... Prawdziwie uszom się nie chce wierzyć... Jest i nasza wina, ale Krzepeccy - to już po prostu hańba! wstyd! I tego bezkarnie puścić nie można.
-A to i owszem - odpowiedział Marek. -Pogadamy o tym z "Pniakiem". Oj, oj!
Po czym zwrócił się do księdza Woynowskiego:
-Szczerze nam jej żal, ale tak przecież myślę, że ją Bóg za Jacka pokarał. Nieprawda?
A na to ksiądz:
-Głupiś waćpan!
-No to jakże? Co?
Więc staruszek, który miał pełne piersi żalu, począł mówić prędko i zapalczywie o niewinności i męce dziewczyny, jakby chcąc w ten sposób wynagrodzić jej za tę niesprawiedliwość, jakiej się względem niej dopuścił; lecz po upływie pewnego czasu przerwało mu opowiadanie przybycie pani Dzwonkowskiej, która wpadła nagle jak bomba do fortecy.