-Jakże? - pytał z żalem Jan. -To mamy płazem puścić krzywdę tego gołąbka?
-Zaś myślicie - zauważył ksiądz - że Marcjanowi Krzepeckiemu miłe będzie życie, gdy nad nim imfamia albo i topór katowski zawiśnie, a do tego, gdy go wzgarda powszechna otoczy? Gorsza to męka niż prędka śmierć i nie chciałbym ja za wszystkie srebro olkuskie siedzieć teraz w jego skórze.
-A jeśli się wykręci? - spytał Marek. -Ojciec jego stary frant, któren już niejeden proces wygrał.
-Jeśli się wykręci, to mu Jacek po powrocie do ucha słówko szepnie... Wy jeszcze Jacka nie znacie! Dziewczyńskie on ma oczy, ale przezpieczniej spod niedźwiedzicy niedźwiadki wyciągać, niźli jemu do żywego dojąć.
Na to Wilczopolski, który dotychczas milczał, ozwał się ponurym głosem:
-Pan Krzepecki już na się wyrok napisał i kto wie, czy powrotu pana Taczewskiego doczeka. Ale inną rzecz powiem: będzie on pewnikiem chciał zbrojną ręką pannę na powrót brać i wtedy...
-Wtedy obaczym! - przerwał Cyprianowicz. -A niech jeno spróbuje! To co innego!
I trzasnął groźnie szablą, a Bukojemscy poczęli wraz zgrzytać i powtarzać: