-Jacek tej nocy na drzewie jako wiewiórka siedział. Któż się mógł wówczas domyślić, że to jemu właśnie ją Pan Bóg przeznaczył?
-A nam w sieroctwie trwać kazał - dodał Marek.
-Pamiętacie - zapytał Łukasz - jak to wtedy pojaśniało od niej we wszystkich izbach? Nie uczyniłoby się jaśniej od stu świec jarzących. A ona to ci sobie wstała, to ci sobie siadła, to ci się uśmiechnęła... A co na cię spojrzała, to ci się tak ciepło w dołyszku robiło, jako byś się grzanego wina napił... Napijmy się i teraz na tę naszą tęskność okrutną.
Napili się znów, po czym Mateusz uderzył pięścią w stół i zakrzyknął:
-Ej! żeby ona tak tego Jacka nie miłowała!
-To i co? - zapytał oburkliwie Jan - to myślisz, żeby się zaraz w tobie zakochała. Patrzcie, jaki mi gładysz!
-Dobrze, żeś ty nie kostropaty! - odparł Mateusz.
I poczęli na się nieżyczliwie spoglądać. Lecz Łukasz, choć zwykle do zwady wielce pochopny, począł ich godzić.
-Ni dla cię, ni dla cię, ni dla żadnego z nas - rzekł. -Inszy ją dostanie i do ołtarza powiedzie.