Usłyszawszy to pan Krzepecki zacisnął pięści, tak że aż paznokcie wpiły mu się w dłonie, i rzekł:
-Gwałt? Tego właśnie się boję. Ja, jeślim miał co przeciw ludziom (a któż nie miał do czynienia ze złością ludzką?), tom przeciw nim prawem, nie gwałtem zawdy czynił. Ale to nieprawda, co przysłowie mówi, że jabłko niedaleko pada od jabłoni... Czasem pada daleko... Ja dla dobra i dla przezpieczeństwa waszmości chciałem zgodnie załatwić sprawę... Waćpan tu bezbronny w lesie siedzisz, a Marcjan... - ciężko ojcu o synu to mówić - nie całkiem wdał się we mnie... Wstyd mi wyznać, ale ja ręczyć zgoła za niego nie mogę... Boi się cały powiat jego zapalczywości - i słusznie, bo on na nic gotów nie zważać, a ma z pięćdziesiąt szabel na zawołanie. Waćpan zaś... waćpan bezbronny, repeto, w lesie siedzisz... i z tym radzę się policzyć... Ja sam się boję...
Na to wstał pan Cyprianowicz i zbliżywszy się do Krzepeckiego, spojrzał mu w same białka oczu.
-Waść chcesz mnie przestraszyć? - zapytał.
-Ja sam się boję... - powtórzył stary Krzepecki.