Tymczasem nadjechał wezwany umyślnie listem ksiądz Woynowski. Bukojemscy, wielce skonfundowani, siedzieli w oficynie, nie pokazując nosa, więc pan Cyprianowicz sam musiał opowiedzieć wszystko, co zaszło, a ksiądz słuchał, od czasu do czasu uderzał się dłońmi po połach sutanny, ale nie gorszył się tak bardzo, jak pan Serafin przypuszczał.
A wreszcie rzekł:
-Jeżeli Marcjan umrze, to Bukojemskim będzie bieda, ale jeśli, jak mniemam, się wyliże, w takim razie prędzej bym przypuścił, że będzie się mścił prywatnie, niż żeby miał im sprawę wytaczać.
-Czemu zaś tak? - zapytał pan Serafin.
-Bo to niemiła rzecz na śmiech się całej Rzeczypospolitej podawać. Przy tym musiałby wyjść na jaw i jego proceder z panną Sienińską, a to też nie przyczyniłoby mu dobrej sławy. Niechwalebne on życie pędził, przeto lepiej mu nie narażać się na to, aby świadkowie coram publico musieli wyznawać wszystko, co o nim wiedzą.
-To może i słusznie - rzekł Cyprianowicz - ale przecie Bukojemskim trudno wybaczyć taką swawolę.
A ksiądz machnął tylko ręką.