Bukojemskim rzeczywiście kurzyło się z czupryn, a oczy mieli mgliste i rozrzewnione, więc gdy młody Cyprianowicz poprowadził ich do oficyny, gdzie miał razem z nimi nocować, to szli za nim wielce niepewnym krokiem po skrzypiącym od mrozu śniegu, dziwiąc się, że miesiąc śmieje się do nich i siedzi na dachu stodoły, zamiast świecić na niebie.
Lecz panna Sienińska tak głęboko zapadła im w serca, że chciało im się jeszcze o niej mówić.
Młody Cyprianowicz nie czuł także ochoty do snu, kazał więc przynieść gąsior miodu, po czym zasiedli wedle wielkiego komina i przy jaskrawym świetle łuczywa pili z początku w milczeniu, słuchając tylko świerszczów grających w izbie.
Wreszcie najstarszy, Jan, nabrał w piersi powietrza, po czym wydmuchnął je w komin z taką siłą, że aż się płomień pochylił, i rzekł:
-O Jezu! Bracia moi mili, zapłaczcie nade mną, bo przyszedł na mnie termin żałosny!
-Jaki termin? mów, nie ukrywaj!
-A to przecie miłuję tak, że aże mi kolana mdleją.
-A ja to, myślisz, nie miłuję? - zawołał Łukasz.
-A ja? - krzyknął Mateusz.

  WQGGPVM WQXZPBM WQQXVQM WQBVVXM WJJKYYM