Pan Serafin rozejrzał się na wszystkie strony po głębiach leśnych i rzekł:
-Nie ośmielą się Krzepeccy, nie ośmielą! Kupa nas grzeczna - i patrz jegomość, jak naokół wszystko spokojnie. Chciałem, by dziewczyna siadła dla bezpieczeństwa do kolaski, ale się wypraszała... Nic się nie boi...
-No! krew bo w niej dobra - mruknął ksiądz. -Ale też uważam, że waćpana to już ona całkiem pozbadła.
-E! trochę i jegomości - odparł Cyprianowicz - ale co do mnie, to po prostu przyznaję. Jak zacznie o co prosić, to tak jakoś osobliwie umie ślepkami mrugać, że ani rusz odmówić. Różne sposoby mają niewiasty, a czyś jegomość zauważył, że ona ma właśnie to mruganie, przy którym ręce składa? W pobliżu Bełczączki każę jej wleźć do kolaski, ale tymczasem chciało jej się koniecznie jechać na podjezdku, że to (powiada) zdrowiej.
-I na taki czas pewnie, że zdrowiej.
-Patrz, jegomość, jaka to już różowa - jak wilcze łyko.
-A co mnie po jej różowości?! - rzekł ksiądz - ale że dzionek piękny, to prawda.
Jakoż pogoda była istotnie cudna, a ranek świeży, rosisty. Pojedyncze krople na igłach sosen błyszczały tęczą jak diamenty. Wnętrze lasu było jasne od leszczyny przetykanej promieńmi rannego słońca. W głębinach gwizdały wesoło wiwilgi. Naokół pachniało igliwiem - i cała ziemia zdawała się radować słońcu i powietrznemu błękitowi bez chmurki.

  WQXJYJM WQVBPQM WQYYJKM WQBGKJM WJQKGVM