Tam mówił Staszko Cyprianowicz i choć z początku chciało mu się cokolwiek śmiać, jednakże w miarę jak mówił, coraz więcej się własną wymową przejmował, albowiem dla kompanii także był nieco podpił. Atoli panowie Bukojemscy rozrzewnili się w końcu jego przemówieniem niezmiernie i zapłakali wreszcie wszyscy czterej, a najstarszy, Jan, zawołał:
-O dla Boga, zabijcie mnie, ale nie nazywajcie mnie Kainem!
Na to Mateusz, który był o Kainie wspomniał, rzucił mu się w objęcia.
-Bracie, katu za to mnie oddać!
-Wybacz, bo się z żalu rozpuknę - wołał Łukasz.
Marek zaś:
-Szczekałem przeciw przykazaniu jako pies.
I poczęli się ściskać, lecz Jan, uwolniwszy się wreszcie z objęć braci, siadł nagle na ławie, rozpiął żupan, rozgarnął koszulę i obnażywszy pierś, począł mówić przerywanym głosem:
-Macie! oto jako pelikan!... macie!
A tamci nuż jeszcze bardziej szlochać:
-Pelikan! czysty pelikan!... Jak mi Bóg miły! - pelikan!
-Bierzcie pannę Sienińską!
-Twoja ona! ty ją bierz.
-Młodsi niech biorą...
-Nigdy! nie może być!
-Jechał ją sęk!

  WJVZXKM WJJVPJM WQBKKXM WQQZQKM WQXKKQM