Przez jakiś czas trwało jeszcze poszukiwanie po trzęsawiskach, po czym pan Cyprianowicz zwrócił się do Zbierzchowskiego i rzekł:
-Mości pułkowniku, myśleliśmy, że to całkiem kto inny, a to zwyczajni osacznicy i zwykły napad zbójecki. Niemniej wszelako wdzięcznym sercem dziękujemy waszmości i całemu towarzystwu za skuteczną pomoc, bo bez niej nie oglądalibyśmy już może dzisiejszego wschodu słońca.
A pan Zbierzchowski uśmiechnął się i odpowiedział:
-Bogdaj to nocne pochody! I upał nie dokuczy, i przysługę można komu oddać. Chcesz waszmość zaraz badać tych ludzi?
-Jakem się im z bliska przyjrzał, to niekoniecznie. Sąd ich i tak w grodzie zbada, a kat im poświeci.
Na to wysoki kościsty chłop o posępnej twarzy i jasnych kudłach wysunął się z szeregu jeńców i pochyliwszy się do strzemienia pana Cyprianowicza, rzekł:
-Wielmożny panie, darujcie nas zdrowiem, to powiemy prawdę. My zwyczajni osacznicy, ale napaść nie była zwyczajna.
Usłyszawszy to ksiądz i pan Serafin spojrzeli po sobie z zaciekawieniem.
-Ktoś ty jest? - zapytał ksiądz.