Pannie Sienińskiej radził pan Cyprianowicz, aby znów przesiadła się do kolaski, w której może zażyć smacznego snu przed popasem, ale oświadczyła tak stanowczo, że nie odstąpi Jacka, iż nawet i ksiądz Woynowski nie próbował odwieść jej od tego przedsięwzięcia. Jechali tedy razem i prócz woźnicy we dwoje tylko, gdyż panią Dzwonkowską morzył sen tak okrutnie, że po małej chwili przeniosła się do kolaski.
Jacek leżał na wznak na wiązkach siana poukładanych po jednej stronie wzdłuż wozu, a ona siedziała po drugiej, pochylając się co chwila ku jego zranionej ręce i bacząc, czy krew nie przedostaje się przez opatrunek. Chwilami przykładała rannemu do ust bukłak ze starym winem, które widocznie działało wybornie, gdyż po pewnym czasie sprzykrzyło mu się leżeć i kazał woźnicy powyciągać wiązki siana, na których wspierał nogi.
-Wolę jechać siedzący - rzekł - bo już się całkiem czuję na siłach.
-A rana? nie będzie tak waćpanu bardziej dolegać?
Jacek zwrócił oczy ku jej różanej twarzy i począł mówić głosem cichym i smutnym: