-Przyjmij, Jacusiu! przyjmij! przyjmij!
-Przyjmuję i Bóg wam zapłać! - odpowiedział Jacek.
Tak mówiąc położył przedmiot na stole i począł odwijać atłas; nagle cofnął się i zakrzyknął:
-Dla Boga! ucho ludzkie!
-A wiesz czyje? Marcjana Krzepeckiego! - zagrzmieli bracia.
-Ha!
Obecni zdumieli się tak okrutnie, że nastała chwila milczenia.
-Tfu! - zakrzyknął wreszcie ksiądz Woynowski.
I przemierzywszy jednego po drugim surowym wzrokiem, nabrał ich z góry:
-Cóżeście to, Turcy, abyście mieli uszy podbitych nieprzyjaciół prezentować? Wstyd czynicie temu chrześcijańskiemu wojsku i wszystkiej szlachcie. Choćby Krzepecki sto razy na śmierć zasłużył, choćby nawet heretykiem albo zgoła poganinem był, jeszcze byłaby niewypowiedziana hańba taką rzecz uczynić. O, toście Jacka udelektowali, że aż spluwa tę ślinę, która mu do gęby napłynęła! Ale ja wam powiadam, że za takowy uczynek nie żadnej wdzięczności, jeno wzgardy się spodziewajcie, a w dodatku hańby; bo nie masz takiej chorągwi w całej jeździe, ba, nawet takiego regimentu w piechocie, który by podobnych barbarusów jako kommilitonów przyjąć zechciał!