ROZDZIAŁ III
Lecz panowie Bukojemscy nieradzi byli z Taczewskiego i gniewało ich to, że zajął miejsce przy boku karocy, więc zebrawszy w kupę konie, tak że niemal stykały się łbami, poczęli rozmawiać i radzić...
Lecz panowie Bukojemscy nieradzi byli z Taczewskiego i gniewało ich to, że zajął miejsce przy boku karocy, więc zebrawszy w kupę konie, tak że niemal stykały się łbami, poczęli rozmawiać i radzić.
-Hardo ci na nas spoglądał - mówił Mateusz. -Jak Bóg w niebie, chciał nas spostponować.
-Teraz zaś konia zadem do nas odwrócił. Cóż wy na to?
-Jużci łbem nie może obrócić, bo koń tyłem jako rak nie chodzi. Ale że on się ma do tej panny, to pewna - zauważył Marek.
-Toś dobrze rozpoznał. Widzicie, jako się nadstawia i przegina. Żeby się tak puślisko urwało, to by zleciał.
-Nie zleci, taki syn, bo dobrze siedzi i w puśliskach zdrowy rzemień.
-Przeginaj się, przeginaj, póki my cię nie przegniem!
-Obaczcie no! Znów się do niej uśmiecha!
-Cóż, bracia rodzeni? Pozwolim na to?
-Nigdy, jako żywo! Nie dla nas dziewka, dobrze! Ale pamiętajcie, cośmy wczoraj uradzili?
-Jakże! Musiał on się tego domyślić, bo chytra widać sztuka - i teraz na złość nam się do niej zaleca.
-I na wzgardę naszemu sieroctwu i ubóstwu.
-O wa! wielki mi magnat - na cudzym podjezdku!