Staruszek zdjąwszy sutannę zabrał się wraz do opatrywania ran, z całą wprawą starego żołnierza, który ich tysiące w życiu widział i który z długoletniej praktyki znał się na opatrunkach lepiej od niejednego medyka. Prędko też poszło, bo nie licząc Marka, inni lekko tylko byli poszczerbieni. Obojczyk Markowy dłuższej znacznie wymagał roboty, ale gdy wreszcie i on został zestawiony, odetchnął ksiądz Woynowski i zatarł ubabrane ręce.
-No - rzekł - dzięki Panu Jezusowi, odbyło się bez ciężkiej przygody. Pewnie się też waszmościowie lepiej zaraz czujecie.
-Pić się chce! - odrzekł Mateusz Bukojemski.
-Nie zaszkodzi! Każ, Jacku, przynieść wody.
Lecz Mateusz aż przypodniósł się na słomie.
-Jak to wody? - zapytał złamanym głosem.
A Marek, leżąc na wznak na Jackowym łóżku i stękając nieco, ozwał się niespodzianie:
-Ksiądz dobrodziej chce pewnie ręce umyć.
Na to Jacek spojrzał z prawdziwą rozpaczą na księdza, a ów począł się śmiać i rzekł:
-Oto szczerzy żołnierze! Można też i wina, można, ale niewiele.
Lecz Taczewski zaciągnął go za rękaw do alkierza.