Oczy starego człowieka to podnosiły się ku niebu ścigając stada ptactwa, to znowu ginęły w oddali, ale coraz senniejsze, w miarę jak miodu w gąsiorku ubywało, i powieki ciążyły mu coraz bardziej - pszczoły śpiewały na różne tony swą piosenkę jakoby umyślnie do poobiedniej drzemki.
-Tak, tak, dał Pan Bóg piękny czas na żniwa - mruknął pan Zagłoba. -I siano dobrze zebrane, i żniwa duchem pójdą... Tak, tak...
Tu przymknął oczy, po czym otworzył je znowu na chwilę, mruknął jeszcze: "Zmęczyły mnie dzieciska..." - i usnął na dobre.
Spał dość długo, ale po pewnym czasie zbudził go lekki powiew chłodniejszego powietrza oraz rozmowa i kroki dwóch mężów zbliżających się szybko pod lipę. Jeden z nich był to pan Jan Skrzetuski, słynny zbarażczyk, który od miesiąca wróciwszy od hetmanów z Ukrainy bawił w domu, lecząc się z febry upartej; drugiego nie znał pan Zagłoba, chociaż wzrostem, postawą i nawet rysami twarzy wielce był do Jana podobny.
-Przedstawiam wam, ojcaszku - rzekł Jan - stryjecznego mego, pana Stanisława Skrzetuskiego ze Skrzetuszewa, rotmistrza kaliskiego.

  WQBYKZM WJKGGXM WJZXPJM WQXPYZM WQJYQQM