Ale podjazd wyszedł i znowu upłynęło dwa dni bez wieści.
Aż siódmego dnia dopiero o szarym, mglistym zmierzchu pachołcy, wyprawieni po potrawy do Bobrownik, przyjechali bardzo śpiesznie na powrót do obozu z doniesieniem, że widzieli jakieś wojsko nadchodzące z lasów za Bobrownikami.
-Pan Michał! - zakrzyknął radośnie Zagłoba.
Lecz pachołcy przeczyli. Nie pojechali na spotkanie właśnie dlatego, że widzieli jakieś znaki obce, których w wojsku pana Wołodyjowskiego nie było. A przy tym siła szła większa. Pachołcy, jak to pachołcy, nie umieli jej dokładnie oznaczyć; jedni mówili, że ze trzy tysiące, drudzy, że pięć albo i więcej.
-Wezmę dwadzieścia koni i pojadę na spotkanie - rzekł pan rotmistrz Lipnicki.
Pojechał.
Upłynęła godzina i druga, aż wreszcie dano znać, że zbliża się nie podjazd , ale całe wielkie wojsko.
I nie wiadomo dlaczego, gruchnęło nagle w obozie:
-Radziwiłł idzie!
Wieść ta jakby iskra elektryczna poruszyła i wstrząsnęła cały obóz; żołnierze wypadli na wały, na niektórych twarzach znać było przestrach; nie stawano w należytym porządku; jedna tylko piechota Oskierki zajęła wskazane miejsca. Natomiast między wolentarzami wszczął się w pierwszej chwili popłoch. Z ust do ust przelatywały najrozmaitsze wieści: "Radziwiłł zniósł ze szczętem Wołodyjowskiego i ten drugi, Kmicicowy, podjazd" - powtarzali jedni. - "Ani świadek klęski nie uszedł" - mówili drudzy. - "A ot teraz pan Lipnicki jakoby się pod ziemię zapadł." - "Gdzie regimentarz? gdzie regimentarz?"

  WJGQJQM WQPYQYM WJJKGYM WQKPQKM WQGGGKM