ROZDZIAŁ IX
Władysław Krzycki posiadał tę szczęśliwą naturę, że położywszy się spać, w kilka minut później zapadał w kamienny sen, trwający aż do rana. Tej nocy jednak nie mógł zasnąć, albowiem wrażenia całego dnia, a zarazem i ostatnie słowa Dołhańskiego wprowadziły go w stan rozdrażnienia i gniewu. Zły był na Rzęślewo, na "awantury", które się w nim działy, na Dołhańskiego, że zauważył wrażenie, jakie na nim czyniła młoda miss - a zwłaszcza, że pozwolił sobie Dołhańskiemu o tym mówić - i w ostatku, na samą Bogu ducha winną pannę Anney. Po pewnym też czasie, przewracając się z boku na bok, rozpoczął z nią rozmowę, w której wziął na się rolę człowieka, który nie zapiera się wprawdzie, że jest "grubo" pod urokiem, niemniej jednak patrzy na rzeczy trzeźwo i rozumnie. Więc naprzód przyznał pannie Anney, że jest ładna i miła, i że ma ogromnie sympatyczny głos, dziwnie pociągające spojrzenie i ciało jak marmur, (ach, jakie ciało!) - wszelako zastrzegł sobie stanowczo, by nie myślała, iż się w niej zaraz zakochał, a zwłaszcza, zakochał bez pamięci. Przyznać - przyzna jej wszystko, czego sama sobie życzy, ale od przyznania do zakochania się jest jeszcze dalej, niż od zakochania do małżeństwa, o którym przecie nie może być mowy. Przede wszystkim jest cudzoziemką, a matka ma pod tym względem swoje uprzedzenia - i zresztą słuszne - albowiem i on sam wolałby mieć przy sobie na resztę życia jakąś polską duszę, nie zaś obcą. Prawda, że w niej jest coś dziwnie swojskiego, ale bądź co bądź nie jest Polką. - "Jednaka krew ma swoje znaczenie, to tam darmo - mówił w dalszym ciągu do panny Anney: - Więc skoro jesteś Angielką, to wyjdźże sobie za jakiegoś Anglika, albo Szkota, bylebyś nie wymagała ode mnie, żebym z taką małpą zawierał przyjaźń, albo znajomość, gdyż się bez tego doskonale obejdę". I w tej chwili chwyciła go taka nagła a niespodziewana antypatia do tego ewentualnego Anglika "z wystającą szczęką", albo Szkota ,,z gołymi kolanami", iż uczuł że przy lada nieporozumieniu, gotów byłby każdego z nich obić. Ale przez ów napad gniewu wybił się zupełnie z tego stanu półdrzemki, półjawy, w którym rzeczywistość miesza się z urojeniem - i otrzeźwiawszy, doznał jednak wielkiej ulgi na myśl, że ów zamorski narzeczony istnieje tylko w jego wyobraźni, a jednocześnie napłynęła mu do serca fala wdzięczności do panny Anney. "Ja się tu z nią kłócę i robię zastrzeżenia - pomyślał - a ona tymczasem przytuliła tam swoją jasną głowę do poduszki i śpi w najlepsze". Tu krew rozigrała się w nim znowu, ale rozpędził niebawem zdrożne marzenia, co przyszło mu tym łatwiej, że poczęła go ogarniać mgła tęsknoty za uczciwą miłością i za tą przyszłą, jeszcze bezimienną istotą, która miała z nim dzielić życie. Jął znowu - ale już pokorniej - rozmawiać z panną Anney i zapewniać ją, jakby z pewną melancholią, że chodzi mu, nie o nią samą, bo wie, że gdyby nawet nie było innych przeszkód, to ona by go zapewne nie chciała - ale o to, by ta przyszła towarzyszka jego życia, była choć trochę do niej podobna..., żeby miała takie samo spojrzenie i taką samą tę dziwną magnetyczną siłę, której on, jeśli się dotychczas nie poddał, to chyba jakimś cudem. Co do panny Anney osobiście - otwarcie mówi, że winien jej tylko wdzięczność. Jemu nigdzie przecież nie jest tak dobrze, jak w tym kochanym Jastrzębiu, ale swoją drogą nie może i temu zaprzeczyć, że w tej zakazanej dziurze zrobiło się po jej przyjeździe tak rzeźwo i jasno, jakby kto okiennice poodmykał, a po wyjeździe nastaną znów ciemności, pustka i nudy jeszcze większe, niż były przedtem. Toteż za te jasne chwile chętnie ucałowałby jej ręce, a nawet, gdyby jej się zdawało, że to nie dosyć - to i nogi. Tymczasem przeprasza ją za te szalone myśli, które mu przyszły do głowy, gdy w salonie przycisnął jej ramię, jakkolwiek bowiem zawsze jest tego zdania, że za jej wzajemność można by oddać życie, to natomiast twierdzi jednocześnie stanowczo, że Dołhański jest bałwan i cynik, który wdaje się w nie swoje rzeczy i którego słów nie warto brać w rachubę. Tu porwała go powtórna złość na Dołhańskiego i począł w dalszym ciągu przewracać się z boku na bok, póki wreszcie późna godzina, młodość głodna snu i znużenie nie posypały mu makiem oczu. Był jednak w jastrzębskim dworze ktoś, kto także często spędzał bezsenne noce i także rozmawiał z osobą nieobecną, a mianowicie Laskowicz. Po tym wszystkim, co zaszło i co się w ostatnich dniach wyjawiło, gotował się do ostatniej pożegnalnej rozprawy z rodziną Krzyckich, rozumiał bowiem, że dalszy jego pobyt w Jastrzębiu jest niemożliwy. A jednak obecnie chciałby był w nim pozostać choć jeszcze parę dni, by dłużej patrzeć na pannę Marynię Zbyłtowską i dłużej się - jak sam to nazywał - narkotyzować. Jakoż rzeczywiście od pierwszej chwili, w której usłyszał ją grającą, zajęła ona tak jego myśli, jak dotychczas nie zajęła ich nigdy żadna inna kobieta. Naprzód, do gotowych formuł, którymi posługiwał się z dogmatyczną wiarą w sądzie o ludziach, należało przekonanie, że kobiety, należące do tak zwanych klas sytych, są to istoty bezmyślne. Tymczasem z formułą tą trzeba się było od razu rozstać, gdy przez skrzypce przemówiła do niego dusza. Następnie zdziwiło go to, że były w tej panience jakby dwie istoty, z których jedna przejawiała się w muzyce, jako wysoka artystka, skupiona, pełna w sobie egzaltacji, roztopiona w fale dźwięków i grająca tak, jakby pociągała smyczkiem po własnych nerwach - druga występowała w życiu codziennym i w zwykłych z ludźmi stosunkach. Ta ostatnia wydawała się na pierwszy rzut oka, jeśli nie pospolitą, to zwyczajną, pełną prostoty, a nawet i wesołości dziewczyną, która prychała jak kot, gdy na przykład Dołhański mówił rzeczy dla niej niemiłe, przekomarzała się z Grońskim, opowiadała niedorzeczności o duchach, lub uciekała do ogrodu, by ku wielkiemu strachowi Grońskiego i starszej siostry, wozić się czółnem po stawie. Laskowicz nie znał zupełnie świata i nie był wcale człowiekiem subtelnym, jednakże spostrzegł i on, że nawet w tej zwyczajnej dziewczynie było coś takiego, co czyniło z niej jakby małe bóstewko, otoczone cichym uwielbieniem. Ona sama nie zdawała widocznie sobie z tego sprawy i, patrząc na taki stan rzeczy, jak na coś, co rozumiało się samo przez się, żyła życiem kwiatu albo ptaka. Ufna, że nie spotka ją od nikogo nic złego, pogodna, jasna, żyjąca poza nędzą i lichotą życia, poza jego troskami, poza jego zimnym wichrem, który załzawia oczy, i poza pyłem, który brudzi, podobna była do czystego źródła, na które ludzie patrzą jak na błogosławione i boją się, by nie zmącić jego przeźrocza. Zdawało się, że otoczenie nie wymaga od niej nic więcej, jak żeby istniała - tak jak nie wymaga się nic więcej od arcydzieła. Laskowiczowi, ilekroć na nią spojrzał, przychodziło na myśl wspomnienie z lat dziecinnych. On i jego starszy brat - który przed kilku laty, wpadłszy w suchoty, skończył samobójstwem na Riwierze - byli synami przekupki, posiadającej kram z poświęconym towarem woskowym, z medalikami, różańcami i obrazkami, przy jednym z kościołów warszawskich. Obaj bracia wychowywali się wskutek tego poniekąd w kruchcie i byli w ciągłych stosunkach z księżmi. Owóż zdarzyło się że stary kanonik, proboszcz tego kościoła, kupił na licytacji alabastrowy posążek jakiejś świętej i, niewiadome dlaczego, ułożył sobie, że to jest nie tylko dzieło, ale i arcydziele Canowy. Posążek, który był istotnie ładny i bardzo misterny, został umieszczony po poświęceniu, pod imieniem św. Apolonii, w osobnej niszy w murze, w pobliżu jednego z ołtarzy - i od tej chwili staruszek proboszcz otoczył go wielką czcią, jako świętość, i szczególniejszym staraniem, jako największą osobliwość kościelną. Przyprowadzał do niego swych gości i pobożniejszych parafian, każąc im podziwiać robotę i gniewając się, gdy kto pozwolił sobie na jaką uwagę krytyczną. Oczywiście podziw kanonika podzielał organista, dzwonnik, cała służba kościelna i obaj chłopcy. Laskowiczowi mimo woli nasuwała się często teraz myśl, że panna Marynia jest taką św. Apolonią wśród swego otoczenia. Z tego powodu, zaraz pod pierwszym wrażeniem nazwał ją "świętą laleczką". Ale przypomniał sobie również, że gdy w swoim czasie stracił wiarę - a stracił ją jeszcze w gimnazjum, które, mówiąc nawiasem, ukończył z pomocą starego kanonika - wówczas brała go nieraz ochota stłuc tamten alabastrowy posążek. Obecnie paliła go jeszcze większa, bo granicząca z namiętnością, chęć stłuc ten żywy. I bynajmniej nie dlatego, by miał być mu nienawistny. Przeciwnie, nie mógł i on oprzeć się urokowi tej kochanej przez wszystkich dziewczyny, tak jak nikt nie może oprzeć się urokowi jutrzenki, albo wiosny. Stało się nawet tak, że to, co drażniło go w niej i oburzało - to jednocześnie parło go ku niej z niepohamowaną siłą. Więc pociągała go jej przynależność do tego świata, którego samo istnienie uważał za niesprawiedliwość społeczną, za zbrodnię i za krzywdę; nęciła go, pomimo wewnętrznej zgryzoty, i ta nawet myśl, że pod takie kwiaty proletariat jest tylko nawozem. Lepem była mu jej subtelna kultura i jej artyzm, choć takie rzeczy uważał za zbyteczny i niepotrzebny dla ludu okwiat życia; ponętą było jej zupełne niepodobieństwo do kobiet, z którymi się aż do przyjazdu na wieś stykał, upojeniem - jej cała postać. Nigdy poprzednio nie był pod jednym dachem z podobną istotą, więc zapamiętał się i stracił głowę na jej widok, a chociaż nie uświadomił jeszcze i nie ochrzcił imieniem miłości tych sił, które poczynały grać mu w piersiach - prawdą było, że w ciągu tych kilku dni rozgorzał jak wulkan - i rozkochał się na zabój. Przestawał zaś z nią obecnie często, gdyż Marynia poprzyjaźniwszy się wielce z małą Anusią i ze Stasiem spędzała z nimi całe dnie. Chodzili razem za staw do tartaku i do owego starego młyna, o którym Krzycki wspomniał pannie Anney i do lasu. Laskowicz, jako guwerner Stasia musiał im towarzyszyć i mimo woli brać udział w ich zabawach i gonitwach. Kilkakrotnie próbował z nią rozmawiać o socjalizmie, ale te rozmowy nie szły, naprzód dlatego, że przeszkadzały im dzieci, a po wtóre i z tej przyczyny, że panna Marynia dawała odpowiedzi tak proste, tak wyjęte z dobrego serca i tak pełne litości dla wszelkiej biedy, że nie można im było przeciwstawić żadnych doktryn. Istocie, której zdziwione oczy zachodzą mgłą na wspomnienie ludzkiej niedoli i która gotowa jest w każdej chwili oddać wszystko co posiada, nie potrzeba dowodzić, że musi i powinna to uczynić. Laskowicza zbijał z tropu nie jej opór, ale właśnie to, że ona najczęściej przyświadczała mu dodając, że "przecie i religia tak nakazuje". Wobec tego, cały jego aparat wojenny okazywał się zupełnie zbyteczny i przygotowane argumenty rozsypywały się jak piasek. Musiał jednak podziwiać i prostotę jej serca i taką czystość myśli, z jaką nigdy dotychczas się nie zetknął. Czasami brał jej jedno i drugie za złe, gdyż zdawało mu się, że nie wolno nikomu żyć życiem tak zabezpieczonym od wszystkiego co brudzi, plami i zapyla. Ale jednocześnie wielbił ją za to i zachwycał się nią jak poetycką wizją, że zaś ta wizja była zarazem młodą, uroczą jak wiosna dziewczyną, więc poddawał się jej urokowi i z każdym dniem zapadał głębiej w miłość. Czuł jednak głucho, że jest w tej namiętności coś z żądzy Murzyna do białej kobiety, a co więcej, że w tak zwróconej miłości tkwi jakby odstępstwo od zasad. Toteż w samym zarodzie zatruł ją jadem nienawiści i wilczym popędem zniszczenia.