ROZDZIAŁ II
Szwarc długo się namyślał nad wyborem wydziału....
Szwarc długo się namyślał nad wyborem wydziału.
-Dałem sobie uczciwe słowo honoru, że się nie zmarnuję w życiu, dlatego myślę - mówił Wasilkiewiczowi.
A to już trzeba przyznać, że uniwersytet wabił go nie na żarty. Z różnych stron świata, jakby stada żurawi, ciągnęła tam młodzież. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili czerpać w spragnione głowy. Zabiegali tam ludzie wedle nauki, jak pszczoły wedle miodu; kupili się, rozpraszali i tłumnie chodzili; czerpali z nauki, czerpali z siebie, czerpali z życia; oddawali ją i odbierali na powrót; zamykali ją lub rozrzucali, szli naprzód, stawali, padali, zwyciężali i łamiąc się z nią; kąpiąc się w tym morzu, tonęli niektórzy, inni wypływali. Ruch, gwar - życie panowało niezmierne. Uniwersytet był to niby wspólny matecznik, gdzie miały się zapładniać mózgi; coś na kształt wrzątku, kipiącego rozumem i młodością. Otwierał się co rok, wydając dojrzałe owoce, a przyjmując natomiast nowe szczepy. Ludzie rodzili się tam raz drugi. Pięknie było patrzeć, jak owa młodzież na kształt fal wodnych wylewała się stamtąd na świat corocznie, niosąc ciemnym światło, niby żywność glebie ludzkiej. Na takie to morza dostała się łódka życia Szwarca, gdzie miał zawinąć? Różne fakultety, niby porty, nęciły go. Gdzie się kierować? Długo namyślał się, wreszcie wpłynął.