Rozdział III
Świtaniem dnia następnego przeszliśmy szczęśliwie Cedar i wjechali na równy, przestronny step ciągnący się między tą rzeką a Winnebago...
Świtaniem dnia następnego przeszliśmy szczęśliwie Cedar i wjechali na równy, przestronny step ciągnący się między tą rzeką a Winnebago, skręcając nieznacznie ku południowi, aby zbliżyć się do pasma lasów zalegających dolną granicę Iowy. Lilian od rana nie śmiała mi w oczy spojrzeć. Widziałem, że była zamyślona; zdawało się, że się czegoś wstydzi lub czymś martwi; a cóż tam przecie za grzech popełniliśmy wczoraj! Nie schodziła prawie zupełnie z wozu. Ciotka Attkins i ciotka Grosvenor myśląc, że jest chora, otoczyły ją pieszczotami i staraniem. Ja tylko jeden wiedziałem, co się to znaczy i że to ani słabość, ani udręczenie sumienia, ale to walka istoty niewinnej z tym przeczuciem, że jakaś siła nowa a nieznana porwie ją i poniesie jako liść gdzieś daleko. To było jasnowidzenie, że już nie ma rady i że prędzej czy później przyjdzie osłabnąć i oddać się na wolę tej siły, i zapomnieć o wszystkim, i tylko kochać.
Dusza czysta ociąga się i boi na progu miłości, ale czując, że go przestąpi, słabnie. Lilian więc była jakoby snem zmorzona; mnie zaś, gdym wyrozumiał to wszystko, radość tamowała prawie dech w piersiach. Nie wiem, czy było poczciwe to uczucie, ale gdym rankiem przelatywał koło jej woza, widząc ją taką złamaną niczym kwiat, czułem coś takiego, co czuje drapieżny ptak, gdy pozna, że mu już gołąb nie uciecze. A przecie temu gołąbkowi nie zrobiłbym krzywdy za żadne skarby świata, bo zarazem miałem w sercu litość ogromną. Dziwna rzecz jednak: mimo najsłodszych uczuć dla Lilian przeszedł nam dzień ten cały jakby we wzajemnej urazie, a przynajmniej w zakłopotaniu wielkim. Łamałem sobie głowę, w jaki sposób można by choć na chwilę być z Lilian sam na sam, i nie umiałem nic znaleźć. Na szczęście przyszła mi w pomoc ciotka Attkins oświadczając, że maleńka potrzebuje więcej ruchu i że siedzenie w zadusznym wozie szkodzi jej zdrowiu. Wpadłem na myśl, że powinna jeździć konno i kazałem Simpsonowi osiodłać dla niej konia, a choć nie było w taborze siodeł damskich, jedna z takich meksykańskich kulbak o wysokiej kuli, jakich powszechnie używają na pograniczach pustyń kobiety, służyć mogła wybornie. Zabroniłem Lilian oddalać się od karawany tak, aby ją miała tracić z oczu. Zabłąkać się w jednostajnym stepie było dość trudno, bo ludzie, których wysłałem za zwierzyną, krążyli w znacznej odległości na wszystkie strony od taboru; zawsze więc można było kogoś z nich spotkać. Ze strony Indian nie groziło także żadne niebezpieczeństwo, ta bowiem część stepu aż do Winnebago nawiedzana bywała tylko przez Pawnisów, tylko w czasie wielkich łowów, które nie były się jeszcze rozpoczęły. Za to południowy leśny szlak obfitował w zwierzynę nie tylko trawożerną, ostrożność więc nie była zbyteczna. Prawdę rzekłszy sądziłem, że Lilian będzie się trzymała dla bezpieczeństwa mego boku, co by nam pozwoliło być dosyć często sam na sam, zwykle bowiem wysuwałem się w czasie pochodu daleko naprzód, mając przed sobą tylko dwóch przewodników Metysów - za sobą cały tabor. Jakoż tak się stało i pierwszego zaraz dnia czułem się prawdziwie i niewypowiedzianie szczęśliwy, widząc słodką moją amazonkę, nadbiegającą lekkim galopem od strony taboru. Ruch konia rozwiązał jej włosy, zatarg zaś z sukienką, cokolwiek do konnej jazdy przykrótką, umalował jej twarz ślicznym zakłopotaniem. Zbliżywszy się cała była jakby róża, bo wiedziała, że idzie w sidła zastawione przeze mnie na to, byśmy byli tylko we dwoje, a wiedząc o tym jednak szła, choć spłoniona i niby nie chcąca, i niby udająca, że się na niczym nie poznaje. Mnie zaś serce biło jakby żakowi i gdy konie nasze zrównały się, zły byłem na siebie, bo nie wiedziałem, co mówić. Ale, prawdę rzekłszy, jechał między nami albo raczej leciał nad nami ktoś trzeci, jakby anioł, a była to miłość. I zaraz takie słodkie, a mocne chęci poczęły iść z nas ku sobie, żem się przez siłę jakąś niewidzialną party pochylił ku Lilian, niby dla poprawienia czegoś w grzywie jej konia, a tymczasem usta przycisnąłem do ręki jej, opartej na kuli od siodła. Szczęście jakieś nieznane i niewypowiedziane, większe i mocniejsze od wszystkich rozkoszy, jakich doznałem w życiu, rozeszło się po kościach moich. Potem tę małą dłoń przycisnąłem do serca i począłem mówić do Lilian, że gdyby mi Bóg darował właśnie wszystkie królestwa na ziemi i wszystkie skarby na świecie, to już bym nie oddał za nic jednego zwitka jej włosów, bo mnie zabrała z duszą i ciałem na zawsze.