Za czasu mego pobytu w Kalifornii wybrałem się pewnego razu z moim zacnym i dzielnym przyjacielem, kapitanem R., w odwiedziny do naszego rodaka J., mieszkającego w odległych górach Santa Lucia. Ponieważ nie zastaliśmy go w domu, przesiedzieliśmy dni pięć w głuchym wąwozie w towarzystwie starego sługi Indianina, który pod niebytność pana pilnował pszczół i kóz angorskich. Stosując się do miejscowych zwyczajów spędzałem znojne dnie letnie śpiąc przez większą część czasu, nocami zaś, zasiadłszy przy ognisku z suchego "czamizalu", słuchałem opowiadań kapitana, jego nadzwyczajnych przygód i wypadków, jakie tylko na pustyniach amerykańskich mogą mieć miejsce....
Przybywszy do Ameryki we wrześniu roku 1849 - mówił kapitan - znalazłem się w Nowym Orleanie, który wówczas był jeszcze miastem na wpół francuskim...
...
Świtaniem dnia następnego przeszliśmy szczęśliwie Cedar i wjechali na równy, przestronny step ciągnący się między tą rzeką a Winnebago...
Na koniec przybyliśmy do Missouri. Indianie wybierali zwykle chwilę przeprawy przez tę rzekę do napadów na karawany...
Na drugi dzień ruszyliśmy dalej i przed nami był step jeszcze obszerniejszy, równiejszy, dzikszy, krainy stopą białych zaledwie wówczas dotkniętej...
Nazajutrz rano zostawiłem żonę śpiącą jeszcze, a sam poszedłem szukać dla niej kwiatów. Szukając ich powtarzałem sobie co chwila: jesteś żonaty! i ta myśl taką napełniała mnie radością, żem oczy podnosił do Pana Zastępów...
Zatrzymaliśmy się dopiero u podnóża Gór Skalistych....
We dwa tygodnie po opuszczeniu letniego obozu wjechaliśmy w granice Utahu, a podróż, lubo po staremu nie bez trudów...