ROZDZIAŁ XXI
Laskowicz widywał teraz Marynię, wprawdzie z daleka ale codziennie. Nawet w dni słotne, w czasie, których nie przychodziła piechotą na próby, lecz przyjeżdżała, czatował przy schodach gmachu, by ją widzieć wysiadającą z powozu. W dni pogodne wyczekiwał zwykle niedaleko jej domu, a następnie szedł za nią aż na miejsce. Ponieważ między służbą w gmachu znalazło się kilku "towarzyszów", ci ułatwili mu w końcu wejście i na próby Ukryć się w lożach lub końcowych rzędach krzeseł było mu łatwo, gdyż w czasie prób oświecano tylko jasno estradę, w samej zaś sali mrok rozwidniało zaledwie kilka lamp, które zapalano dlatego, by garść uprzywilejowanych miłośników muzyki, zajmująca miejsca za orkiestrą, nie była pogrążona w zupełnej ciemności. - Wśród tych uprzywilejowanych Laskowicz rozeznawał często znajomych: Grońskiego, panią Otocką, starego rejenta, pannę Anney, czasem Krzyckiego, a dwa lub trzy razy: doktora Szremskiego. Ale mimo nienawiści dla Władysława, a w części także dla doktora i Grońskiego, mało się nimi zajmował i mało o nich myślał, gdyż oczy jego nie odrywały się prawie ani na chwilę od Maryni. Ogarniał wzrokiem jej dziewczęcą postać, wysuniętą na brzeg estrady, skąpaną w blaskach elektryczności, samą przez się świetlistą i mimo woli przypomniał mu się ów alabastrowy posążek, który stary kanonik uważał za największy swój skarb. Laskowicz nie był człowiekiem wykształconym. Jednostronne studia przyrodnicze zacieśniły jego umysłowy widnokrąg i z pewnego rodzaju wrażeń nie umiał sobie zdać jasno sprawy. A jednakże, gdy patrzył na tę dziewczynę ze skrzypcami w ręku, na jej czystą, spokojną twarz, na wydłużone linie jej postaci i ubrania, budziło się w nim na wpół świadome poczucie, że jest w niej coś z poezji i coś z kościoła. Wydawała mu się po prostu nadziemskim widzeniem, do którego można się było modlić.