ROZDZIAŁ VII
Panna Basia dopilnowała jednak Wołodyjowskiego, żeby ją "fechtów" uczył, on zaś nie odmówił, bo po kilku dniach, choć zawsze wolał Drohojowską, jednak i Baśkę bardzo polubił, ile że zresztą trudno jej było nie lubić.
Pewnego poranku zaczęła się tedy pierwsza lekcja, głównie chełpliwością Baśki wywołana i jej upewnieniami, jako że już tę sztukę wcale nieźle posiada i nie byle kto potrafi jej pola dotrzymać.
-Starzy żołnierze mnie uczyli - mówiła - których u nas nie brak, a wiadomo przecie, że nie masz nad naszych szermierzów... Ba, to jeszcze pytanie, czybyście i waćpanowie równych sobie nie znaleźli.
-Co waćpanna mówisz - zawołał Zagłoba - my w całym świecie równych nie mamy!
-Chciałabym, żeby się pokazało, iż i ja równa. Nie spodziewam się, ale chciałabym!
-Na strzelanie z bandoleciku to i ja bym się popróbowała - rzekła śmiejąc się pani Makowiecka.
-Dla Boga! chyba same amazonki w Latyczowskiem mieszkają - rzekł Zagłoba.
Tu zwrócił się do Drohojowskiej:
-A waćpanna jaką bronią najlepiej władasz?
-Żadną - odpowiedziała Krzysia.
-Aha! żadną! - zakrzyknęła Baśka. I tu przedrwiwając Krzysię poczęła śpiewać:
Wierzcie, rycerze,
Na nic pancerze,
Na nic się tarcze zdały!
Przez stal, żelazo