Część piąta
Na polu słychać brzęk dzwonków wielbłąda...
Na polu słychać brzęk dzwonków wielbłąda
Matka w ogrodzie z altany wygląda.
Na łąkach błyszczy już wieczorna rosa,
Już ku wschodowi ciemnieją niebiosa
I rozniecają drżących gwiazd ognisko.
Już wieczór. — Hassan zapewne już blisko.
Matka stroskana zstępuje i bieży
Do swych haremów, i pogląda z wieży:
Nie widać! nie zwykł jeździć tak pomału —
Nie zwykł popasać nawet w czas upału.
Nie przysłał darów ślubnych — czy się lenił?
Czy konie strudził? czy serce odmienił?
Skarga niesłuszna. — Już Tatar posłaniec
Widny z daleka, już na skały kraniec
Wstępuje zwolna —już zjeżdża z urwiska
I wąwozami na dół się przeciska
Koń nic nie winien, koń pewnie z ciężarem,
Zapewne ślubnym objuczony darem.
Tatara mile przyjmę i nagrodzę
Za prędką jazdę po takiej złej drodze.
W bramie zsiadł Tatar, od siodła odpina
Juki niewielkie: czy to dary syna?
Na twarzy smagłej bladość: czy to smutek?
Czy podróżnego utrudzenia skutek?
Odzież spryskana krwi świeżej kroplami:
Może poranił konia ostrogami?
Rozwinął pakę — o aniele święty!
O Azraelu! to zawój rozcięty!
To syna szaty, całe krwią zbroczone!
„Pani, okropną twój syn pojął żonę,
Mnie oszczędziły ręce poganina,
Bym ci pokazał krew twojego syna.
Legł śmiercią mężnych, pokój Hassanowi!