10 września
Cóż to była za noc, Wilhelmie! Teraz...
Cóż to była za noc, Wilhelmie! Teraz przetrwam wszystko. Nie zobaczę jej już! O, że nie mogę rzucić ci się na szyję, wyrazić ci tysiącem łez i zachwytów, mój najdroższy, wszystkich uczuć, które przenikają me serce! Siedzę i z trudem chwytam oddech, staram się uspokoić i oczekuję ranka, a na wschód słońca zamówione są konie.
Ach, ona śpi spokojnie i nie przeczuwa, że nie ujrzy mnie już nigdy. Wyrwałem się; byłem dość silny, by w dwugodzinnej rozmowie nie zdradzić mego zamiaru. Ach, Boże, co za rozmowa!
Albert przyrzekł mi, że zaraz po wieczerzy będzie z Lotą w ogrodzie. Stałem na tarasie pod kasztanami i patrzyłem na słońce, które dla mnie po raz ostatni zachodziło nad miłą doliną, nad łagodną rzeką. Tak często stałem tu z nią, by patrzeć na to samo wspaniałe widowisko, i oto... Chodziłem tam i z powrotem po alei, która mi była tak droga; czułem do tego miejsca tajemny pociąg, nim jeszcze poznałem Lotę, i cieszyliśmy się, gdyśmy z początkiem naszej znajomości odkryli obopólną skłonność do tego zakątka, który zaiste jest jednym z najbardziej romantycznych wytworów sztuki ogrodniczej, jakie widziałem.
Przede wszystkim miedzy kasztanami masz rozległy widok. Ach, przypominam sobie, pisałem ci, zda mi się, już wiele o tym, jak wysokie ściany bukowe zamykają w sobie wreszcie człowieka i aleja łącząc się z przyległym zagajnikiem staje się coraz posępniejsza, aż ostatecznie kończy się zamkniętą polanką, nad którą zda się unosić samotność i pustka. Pamiętam jeszcze, jak przytulnie mi było, gdym po raz pierwszy w samo południe tam wstąpił: przeczuwałem niejasno, jaką to miejsce stać się jeszcze miało widownią szczęścia i bólu.